Mama i babcia zawsze mówiły, że z Marcelinki będzie wspaniała pani doktor. Wystarczyło tylko spojrzeć w te dobroduszne oczy i zostać oczarowanym jej zaraźliwy uśmiechem. Ona, zdarzało się, czasami też tak myślała. W międzyczasie jednak chciała być astronautą, żołnierzem, panią archeolog, gwiazdą rocka, primabaleriną, ostatecznie groupie i może jeszcze panią reżyser. Skończyło się na zarządzaniu, po licznych łzach i kłótniach, w końcu panna Walewska pokazała rodzicielce język, stwierdziła, że nie tylko kierunki medyczne dają okazję do przeżycia, i że ona pójdzie na zarządzanie, że SGH jest spoko (wcale nie dlatego, by w przerwach pić piwo na Polach, wcale!). Matka załamała ręce, westchnęła ciężko, ale chcąc nie chcąc zaakceptowała (wciąż nie do końca) decyzję córki, zgadzając się również na jej przeprowadzkę. Pewnie tylko dlatego, że mieszkanie, od lat wynajmowane studentom, stanowiące ostatnią pamiątkę po nieudanym małżeństwie, znajdowało się blisko rodzinnego domu pań Walewskich, tym samym skazując Marcelinę na częste odwiedziny matki. Przynajmniej przez pierwsze pół roku, potem już jakoś wszystko się unormowało, rodzicielka obdarzyła ją zaufaniem, więc teraz widują się znacznie rzadziej. Na szczęście! Inaczej pani Walewska złapałaby się za głowę, gdyby tylko wiedziała co to się dzieje w tych sześćdziesięciu metrach kwadratowych, oddanych w ręce Marcelinki.
Jaka jest panna Walewska? Cóż, Marcelinę opisać jest bardzo łatwo. Ot, to żywe wcielenie muzyki. Radosny uśmiech na rumianej buzi, podskoki w rytm pozytywnych utworów, kołyszące się biodra ilekroć leci Do I Wanna Know. Nic więc dziwnego, że jest stałą bywalczynią festiwali, chodząc na możliwie najwięcej koncertów, na ile jest w stanie (w końcu alimenty na coś trzeba wykorzystać). Odwiecznie chce nauczyć się grać na gitarze, ale jakoś jej to nie idzie. Wokalnie też nie bardzo, więc kolekcjonuje imprezowe tamburyny i udziela się jako niedyplomowana dziennikarka muzyczna (w końcu na co tracić 5 lat życia, skoro Noel i tak powiedział, że wszyscy dziennikarze to idioci). Wspiera swoją obecnością koncerty znajomych, szalejąc pod sceną jak nikt inny, śmiejąc się, że powinni jej za to płacić. Nazbyt otwarta na przygody i poznawanie nowych ludzi. "Zróbmy coś, będzie fajnie!" powtarza ilekroć ma się z kimś spotkać, bo sama w mieszkaniu siedzieć nie lubi. A przecież "Ze mną się nie napijesz" to nie pytanie. Śmieje się głośno, uśmiecha szeroko i zaraża swoim dobrym humorem. Od czasu do czasu złamie kilka przyjaznych serduszek, po drodze zostając wystawioną do wiatru, gdzieś tam popłacze przy smętnych balladach, by zaraz odzyskać optymizm.
Marcelina nie ma z niczym problemu. Na pewno nie z alkoholem. Bo przecież tani alkohol nie mąci w głowie, a szlak pijackich przygód przez bary z szotami wódki, nigdy nie sponiewiera. Kluby, choć świetne, ta lotna matematycznie dziewczyna, przelicza na ilość alkoholu, jaką mogłaby kupić za samo wejście do nich. Bywa w nich więc rzadko, choć pląsać na parkiecie uwielbia i trzeba przyznać, że trudno o lepiej poruszające się w rytm muzyki zgrabne pośladki. Jest prawdziwą Polką, bo jak coś dają za darmo, to będzie i pierwsza w kolejce, byle nie płacić. Tylko na promocje w Biedronce i Lidlu nigdy się nie łapie. Pewnie dlatego, że choć ją nosi, czasem trzeba nadrobić zaległości w serialach i literaturze.
Boi się ptaków (stąd i wizyt w Łazienkach Królewskich, gdzie krwiożerczy paw czyha na jej życia na każdym kroku), czasem ciemności, tego, że kiedyś nie trafi po imprezie do mieszkania oraz podziemnego przejścia w centrum, które żyje swoim życiem. I jeszcze tramwajów z Pragi na Wolę, bo zawsze są w nich żule. Ma problem z tym by kochać i być kochaną. Związki przerażają ją chyba bardziej od ptaków, ale jak na nieszczęście niesamowicie zżywa się z ludźmi, stąd nic dziwnego, że jest duszą towarzystwa i gwiazdą większości domówek. Problem w relacjach damsko-męskich zwala na rozstanie rodziców, choć tak naprawdę tę barierę emocjonalną wmówiła sobie najprawdopodobniej sama, nie chcąc zostać zranioną i porzuconą. A przecież znacznie łatwiej obwiniać innych o swoje problemy.
Oprócz muzyki kocha też modę i zawsze musi dobrze wyglądać. Karl, Saab, Chloe tegoroczna i wiele, wiele więcej. Co z tego, że ją nie stać na te wszystkie piękne rzeczy? Zawsze można się napatrzeć, powzdychać i spróbować z własnych rzeczy stworzyć coś oryginalnego. Lumpy super sprawa! I tak Marcelina odwiecznie zadaje sobie pytanie jak być prawdziwą kobietą, bo czasem chce być słodka, czasem pobiegać z prawie gołym tyłkiem w szortach czy sukience, chce żeby było sexy i wyrafinowanie, czasem, pokazać że będzie z niej niesamowita bizneswoman. Nie lubi za to, gdy ludzie źle się ubierają, gdy ktoś nie zna dobrej muzyki, a dzieci dresy chodzą pod oknem z gównianą łupanką i pseudorapem puszczanymi z telefonu.
_______________________________________________________________
Buzia Julia Zanettini. Pod imieniem Marcelinki skrywa się tytułowa piosenka autorstwa Organka. Dawno mnie nie było na blogach, stąd karta gunwo. Miało być chyba śmiesznie, ale nie wyszło...
Nie gryziemy, kochamy. Jesteśmy tylko wredne. I lubimy dłuuugie wątki.
HAAAALO! Ciesze się na powrót, ŻYJMY TYM RAZEM! ;)